PolemikiPrawo

Ponieważ lubię to! Ubiór to nie prowokacja?

12 Mins read

Przeczytałem niedawno tekst pani Katarzyny Dobrzyńskiej, który ukazał się w dziale Kobieta – portalu WP.pl. Artykuł zaczyna się tak:

„Patrycja ma dość bezczelnych komentarzy dotyczących jej wyglądu. Nie może swobodnie sięgać po letnie ubrania z dekoltem, bo od razu budzi to niepotrzebne emocje. “O, Kowalska, jak zwykle cycki na wierzchu” – słyszy najczęściej. Nie ona jedna jest ofiarą stereotypowego myślenia, że krótka spódnica i top na ramiączka – to zachęta do zaczepek.”

Przyznam, że koncepcja autorki jest w gruncie rzeczy być może nawet większą prowokacją, niż sam strój Kowalskiej. Nie chodzi o to, żeby polemizować z gustami, bo przecież znana łacińska maksyma mówi de gustibus non est disputandum, co się przekłada, że o gustach dyskutować nie należy. Maksyma nieco wykoślawiona, bo w oryginalnej wersji brzmi: „de gustibus et coloribus non est disputandum”, czyli o smakach i kolorach się nie dyskutuje. W tej formie nieco łatwiej ją zrozumieć i chyba jest łatwiejsza do zaakceptowania.

Wiktymizacja nieświadoma?

Tak się złożyło, że swoją pracę magisterską, wprawdzie dość dawno już, ale wciąż pamiętam, popełniłem z wiktymologii, pisząc o ofiarach oszustwa. Co to ma wspólnego z artykułem pani Katarzyny? Bez obaw! Nie zarzucam żadnego oszustwa autorce, czy też wspomnianej, przykładowej, albo całkiem prawdziwej, „Kowalskiej”, chcę tylko zwrócić uwagę, że wiktymologia, to część kryminologii, która zajmuje się właśnie ofiarami przestępstw w różnych aspektach. Jednym z nich jest także tzw. przyczynienie się ofiary do popełnienia konkretnego czynu zabronionego przez sprawcę, bądź grupę sprawców. Czytając akta, ale też liczne publikacje, nie tylko polskiego, wybitnego specjalisty w tej dziedzinie, zmarłego niestety w 2003 roku śp. Prof. Lecha Falandysza, przekonałem się, że owo przyczynienie się bywa często wręcz prowokacją i można nawet rzec „axis” konkretnego czynu przestępczego. Tak jest nie tylko w przypadku przestępstwa oszustwa, którego istota polega na doprowadzeniu ofiary do niekorzystnego rozporządzenia swoim mieniem, poprzez, czy to wprowadzeniu jej w błąd, czy to wyzyskaniu błędu, w którym ona tkwi. Mechanizm może dotyczyć wielu czynów zabronionych.

Nie bez przyczyny mawia się „okazja czyni złodzieja”, czyż więc pozostawienie drogocennego mienia, np. zegarka z kolekcji, dajmy na to, pewnego pana „Nowaka”, na stoliku baru przy plaży, nie będzie zachętą do próby „zarobienia szybkich pieniędzy” przez miejscowego menela, albo kloszarda – turystę, który akurat miał słabszy dzień, a pić się chce?…

Ktoś się być może oburzy, że jak to? Przecież cudzego nie należy ruszać, a w Szwecji za to rękę obcinali. Zgadza się. Obcinali, dlatego tam do dziś jakakolwiek kradzież (w tym także oszustwo podatkowe, czyli okradanie państwa) jest objęta szczególnym ostracyzmem społecznym. Nie ma to jednak kompletnie nic wspólnego z kwestią przyczynienia się, bądź nie, do samego aktu przestępczego. To, że będzie gdzieś postrzegany i karany bardziej surowo, nie zmienia faktu, że przestępca może działać z różnych pobudek. Czasem również dlatego, że nadarzyła się okazja.
No, to teraz by mi się dostało! Co? Chcesz polemizować ze stwierdzeniem, że kradzież jest zła? Ależ, skąd! Kompletnie nie o to chodzi. Kiedy opisywałem w swojej pracy kilka dość kuriozalnych przypadków w tym, wydawałoby się, pospolitych oszustw, najczęściej w tle pojawiał się zawsze podobny zarys scenariusza i to bez względu na szczegółowy przebieg przestępstwa, czy sam sposób działania sprawcy.

Otóż, u źródła leżało przekonanie ofiary, że robi wspaniały interes, albo, że właśnie udało jej się kogoś przechytrzyć, albo wykorzystać wspaniałą okazję do zarobku. Powtarzam często, że są trzy rodzaje oszustw: małe oszustwa, wielkie oszustwa i „wyjątkowa okazja”. Pierwszy przykład z brzegu. Do stojącej na postoju taksówki podchodzi mężczyzna w średnim wieku. Jest już dobrze po 23-ej, a rzecz ma miejsce w czasach, kiedy nie istnieją jeszcze telefony komórkowe, a i w budkach telefonicznych częściej można znaleźć urwaną słuchawkę, niż sprawny aparat (mniej więcej połowa lat 70-tych). Taksówkarz opuszcza szybę, a mężczyzna pyta go, czy nie pożyczyłby mu dwóch tysięcy złotych, a odda nieco więcej, bo gra tutaj obok w bloku w pokera i zabrakło mu do puli. Może zostawić swój dowód, albo coś… Kierowca odpowiada, że nie będzie go potem szukał, a dowód może być przecież sfałszowany, czy ukradziony, już słyszał różne takie rzeczy. Mężczyzna wydaje się zdesperowany i ściągając na oczach taksówkarza złotą ślubną obrączkę z palca, mówi. OK, doskonale pana rozumiem. Może więc weźmie pan to w zastaw, a jak się nie zgłoszę do jutra po południu, będzie mógł pan ją sprzedać. Tylko żona mnie wtedy zabije… Taksówkarz ogląda przedmiot, szybko przelicza i wychodzi mu, że obrączka, nawet jeśli złoto słabszej próby, jest warta ponad 3 razy tyle, bo waży sporo. Transakcja zostaje zawarta, mężczyzna bierze od taksówkarza numer telefonu domowego i rozstają się zadowoleni. Oczywiście, nikt do kierowcy nie dzwoni, a złoto okazuje się tylko stopem tombaku z wygrawerowaną próbą, wartym niewiele więcej niż odpustowy pierścionek.

Nieco bardziej wyrafinowany modus operandi, stosowała pewna kobieta podająca się za byłą pracownicę służb specjalnych, która miała mieć dzięki swym kontaktom „łatwy dostęp” do deficytowych towarów w bardzo dobrej cenie. Trzeba pamiętać, że nie było wówczas w sklepie telewizorów kolorowych, pralek, czy lodówek. Były na nie zapisy, ale generalnie większość tego rodzaju sprzętów, zwłaszcza dobrej jakości, pozostawało nieosiągalnych. Pani jednak deklarowała, że może załatwić lodówkę w ciągu 2-3 tygodni, tylko potrzebuje zaliczkę. I takich zaliczek nabrała od klientów ponad pół miliona złotych (średnia pensja wynosiła wówczas około 55 tysięcy). Może nie było to oszustwo olbrzymie, ale wytrwała w nim kilka ładnych lat, bo zwracała pieniądze niektórym, bardziej „niecierpliwym” klientom, którzy straszyli prokuratorem, przepraszając ich, że się nie udało. W międzyczasie oszukiwała kolejnych i tak sobie żyła, wychowując samotnie córeczkę, na koszt naiwniaków. Czy oszukiwani nie przyczynili się do przestępstwa? Ależ tak! Uwierzyli, że zdobędą towar wysokiej jakości poza kolejką i do tego taniej. Wyjątkowa okazja… pamiętacie?

Nieco inny motyw towarzyszył oszustwom matrymonialnym, bo tam z kolei kobiety licząc na względy i szybki ślub, bardzo chętnie finansowały różne dziwne „interesy” swoich „przyszłych mężów”. Tylko naiwność, albo zakochanie? Być może czasem też, ale w większości przypadków pewność, że chwyciły Pana Boga za nogi. No, bo taki przystojny, a do tego oficer LWP, czy wysoko wynagradzany urzędnik ministerialny, etc., a więc będą „ustawione” do końca życia. W tle, znów niezwykła i „wyjątkowa okazja”. I takich „nietypowych” spraw, a przeczytałem około setki akt, była większość. Trudno się dziwić, że akurat w przypadku oszustwa mamy do czynienia z wyjątkowo dużą tzw. „ciemną liczbą przestępstw”. Dlaczego? Po prostu, ofiary wstydzą się zgłaszać na policję (wówczas jeszcze milicję). Jednak wstydzą się nie dlatego, że jest coś złego w byciu ofiarą, ale właśnie z powodu konieczności ujawnienia rzeczywistych motywów swojego działania, które najczęściej nie były specjalnie chwalebne, pisząc bardzo eufemistycznie. Na koniec tego, mocno przydługiego wstępu, warto przytoczyć definicję słowa „wiktymizacja”, która często może być kluczem do zrozumienia niektórych zachowań.:

Wiktymizacja – to proces stawania się ofiarą, a nieco szerzej, także – traktowania siebie, jako ofiary. Dziedziną, która bada proces, wskaźniki, częstotliwość występowania, skutki i rozpowszechnienie wiktymizacji jest wiktymologia.

No, dobrze, ale co mają wspólnego ofiary oszustwa z cytowanym na wstępie tekstem? Wróćmy do artykułu, bo przecież miało być o ubiorze, prawda? Przeczytajmy zatem kolejny fragment:

– Kilka dni temu na naszym profilu na Instagramie dostałyśmy wiadomość od dziewczyny, która wracała sama wieczorem do domu w sukience. Pewien mężczyzna zwrócił jej uwagę, że w “takim stroju” nie powinna wracać w pojedynkę. Dziewczyna była bardzo wstrząśnięta, że ktoś ją zaczepiał w ten sposób. Myślę, że takich sytuacji, kiedy ktoś komentuje nasze stroje, wygląd czy makijaż, jest dużo więcej, ale kobiety rzadko o tym mówią. Dlaczego? Bo takie sytuacje spowszedniały, więc kobiety często nie reagują. Uczy się nas bycia uprzejmymi, miłymi i potulnymi, a nie uczy się asertywności. Dodatkowo nie ma też zbyt wielu narzędzi prawnych, żeby takim zachowaniom przeciwdziałać, ciężko również zdobyć tutaj dowody. Myślę, że jest to problem o niezbadanej skali, ale każda kobieta, taka jak ja, moje koleżanki, czy każda czytelniczka Wirtualnej Polski, doświadczyła takich zaczepek – mówi w rozmowie z WP Kobieta.
– Takie zachowania dużo mówią o tym, jaki jest stosunek społeczeństwa do ciała kobiety. Osoba, która w ogóle dopuszcza się takiego komentarza czy fizycznej zaczepki czuje się upoważniona, aby to zrobić. I już ten fakt powinien zmusić nas do myślenia. Co to znaczy, że ktoś może podejść do dziewczyny na ulicy i zwrócić jej uwagę na to, jak wygląda albo ją złapać za jakąś część ciała? Kobiece ciało to nie jest “towar powszechnie dostępny”. Panuje również przekonanie, że jeśli “kobieta czegoś nie chce, to powie”. A przecież to usprawiedliwianie sprawców naruszenia naszej nietykalności –
alarmuje specjalistka.

Jak odróżnić napaść od troski?

Tutaj muszę się zatrzymać, bo widzę w tekście pewną manipulację. Oczywiście, można polemizować, czy ktokolwiek ma prawo komukolwiek zwracać uwagę na jego wygląd, strój, etc. Jest jednak dość wyraźna granica pomiędzy dotykaniem, czy łapaniem za jakieś części ciała, a zwróceniem uwagi, które wcale nie musiało wynikać z jakiegoś podtekstu seksualnego, czy być formą zaczepki. Wyobrażam sobie, że starszy mężczyzna mógł, mając na przykład córkę w podobnym wieku, zwrócić nastolatce uwagę w jej dobrze pojętym interesie, bo to samo powiedziałby komuś bliskiemu, na kim mu zależy. Nie wydaje mi się, o ile nie zrobił tego publicznie, ani w formie napastliwej, by było w tym coś strasznie nagannego, a być może mogło ochronić przed przykrymi konsekwencjami. Zdarza się, niestety bardzo często, że dziewczyny nie dostrzegają absolutnie żadnego związku, pomiędzy swoim prowokacyjnym zachowaniem, czy strojem, a reakcją mężczyzn, którzy znajdują się w ich bliskim otoczeniu.

Naruszenie nietykalności, to zupełnie inna kwestia i należy tego mieszać. Zachowanie dresscodu, czy to w pracy, czy w świątyni, to kwestie oczywiste. Nie zwalnia jednak z myślenia w innych sytuacjach. Jeśli dziewczyna wybiera się do nocnego klubu z przyjaciółmi, których dobrze zna i jest w pewnym sensie „chroniona”, może ubrać się nieco bardziej swobodnie. Jeśli jednak uda się „na miasto” sama, albo tylko z koleżanką i założy spódniczkę, o długości przykrywającej z trudem biodra oraz przezroczystą bluzkę i dołoży do tego ostry makijaż, trudno się dziwić, gdy stanie się obiektem nie tylko powłóczystych spojrzeń. Ktoś, kto tego nie rozumie, może powinien porozmawiać z jakimś specjalistą. Mówi się, że wszystkiemu winni są mężczyźni, bo są agresywni, zaczepiają, źle interpretują „sygnały” itd. Czy rzeczywiście?

“Atrakcyjny strój ” – nie to, co myślisz – pisze dalej w śródtytule autorka – I choć wydawałoby się, że dziesiątki kampanii społecznych w tej sprawie i ciężka praca redakcji zwłaszcza prokobiecych przynosi efekty, to jednak nadal zdarzają się komunikaty skierowane do młodych, które bazują na promocji stereotypów. Śląska policja opublikowała na swojej stronie szereg porad dla młodzieży, między innymi, jak ustrzec się przed napadem. Wśród takich cennych wskazówek jak: unikanie bezludnych skrótów; ostrożne podchodzenie do nowych znajomości; unikanie autostopu; niepodchodzenie za blisko do auta z nieznajomym, znalazł się punkt szósty, który brzmi: “rozważcie, czy atrakcyjny strój nie będzie prowokował do napadu”.

Skontaktowaliśmy się z oficerem prasowym Komendy Powiatowej Policji w Będzinie, kom. Pawłem Łotockim, aby wyjaśnić, co autor tego wpisu miał na myśli, bowiem większość osób miała skojarzenia dość jednoznaczne. Według nich chodziło o ostrzeżenie młodych dziewczyn, by swoim ubiorem nie prowokowały napastników.

Przeczytałem ten fragment dwukrotnie, bo przecież jest rzeczą dość oczywistą, że słowo „atrakcyjny” ma znaczenie dość szerokie i może być rozumiane w różny sposób. Policjant wyjaśnił, że wcale nie musi chodzić o podtekst wyłącznie seksualny, ale np. także o drogą biżuterię, czy markową odzież, która może prowokować do napaści na tle rabunkowym. Nie wiem, co jest złego w takim ostrzeżeniu i dokładnie zacytowanych sformułowaniach? Autorka jednak chciałaby tutaj wyraźnie z policją polemizować, ponieważ pisze dalej:

„Tylko, czy to nie oznacza właśnie, że ludzie mają uważać na strój, bo może on jednak “sprowokować” do aktu przemocy, czy to na tle finansowym, czy seksualnym? To powielanie stereotypów w pełnej krasie.”

Skutek, czy przyczyna?

Mam wrażenie, że to nie żadne powielanie stereotypów, ale typowe, feministyczne podejście autorki do problemu. Mylenie skutków z przyczyną oraz ignorowanie tych drugich, to zresztą dojmujący i stały problem feministek. Od kilkunastu lat znane są na przykład statystyki brytyjskie, które pokazują, że permisywne podejście do płciowości i seksualizacja dzieci od najmłodszych lat, pod postacią obowiązkowej edukacji seksualnej w szkołach w zwiększonym wymiarze godzin, nie tylko nie rozwiązały problemu licznych ciąż u nastolatek, ale go zwielokrotniły. Mimo to, feministki nie widzą żadnego związku tych kwestii, a wszystko jawi im się, jako przypadkowa koincydencja zdarzeń. Podobnie wydają się (choć aż trudno w to uwierzyć) nie dostrzegać, że częściej ofiarami napaści stają się dziewczyny, które prowadzą, oględnie pisząc, dość rozwiązły tryb życia, zwłaszcza kiedy swym zachowaniem, często słabo kontrolowanym po spożyciu różnych środków rozweselających, w sposób absolutnie ewidentny prowokują zdarzenia, do których w innej sytuacji najpewniej by nie doszło. Czy nazwiemy to przyczynieniem nieświadomym, czy prowokacją, to inny problem, ale chodzi o to, że feministki w ogóle zdają się go nie dostrzegać. Jasne, zdarzają się gwałty na kobietach, które nie uczyniły nic, co miałoby pozór przyzwolenia, czy nawet cienia prowokacji. Statystyki pokazują też, że w zdecydowanej większości ofiary znały sprawcę (75%), którym okazał się były chłopak, narzeczony, czy kolega. W pewnej liczbie zdarzeń, nie koniecznie zakończonych aż tak dramatycznie, ofiarami stają się, bardziej, lub mniej świadome swoich działań, dziewczyny nieprzypadkowo „wybrane” przez sprawcę. Specjalnie używam cudzysłowu, bo bywa i tak, że inicjatorkami „dobrej zabawy” są same dziewczyny i to one wybierają, prowokując swym strojem i zachowaniem, a na końcu są zdziwione…

W ostatnich latach wystąpiła gwałtowna dysproporcja w statystykach pomiędzy prowadzoną liczbą postępowań, a skazaniem sprawców zgwałcenia. Różnica w latach 2014-17 wynosiła aż 48%, wcześniej nie przekraczała nigdy 30%. Czy to tylko brak skuteczności policji, czy też inne przyczyny, trudno jednoznacznie ocenić. Dziś orzecznictwo europejskie poszło z kolei już tak daleko w kierunku skazywania wszystkich wskazanych przez domniemane ofiary, że byłoby to nawet śmieszne, gdyby nie krzywdziło wielu niesłusznie podejrzanych. Można o tym przeczytać tutaj. W Szwecji skazano ostatnio 27-latka za „gwałt z nieostrożności”. To jeden z elementów feministycznego szaleństwa, w którym najpierw mówi się dziewczynom, że wszystko im wolno, a potem, gdy coś poszło nie tak, wystarczy, że cofną zgodę post factum i „sprawca” idzie za kraty.

Oczywiście, w żaden sposób nie próbuję usprawiedliwiać przestępców. Trudno nie podzielić zdania wyrażonego w 1984 roku przez Sąd Najwyższy w wyroku z 12 marca 1984 r.:

Dla pełnej ochrony prawnej wyrażającej się w odpowiednim wymiarze kary mają jednakowe prawo wszyscy obywatele, w tym osoby nietrzeźwe, jak i o nienajlepszej reputacji (prostytutki) i sąd nie powinien takich przymiotów osoby pokrzywdzonej traktować jako przesłanek do nadzwyczajnego złagodzenia kary”.

Jednak autorka artykułu, z którą próbuję polemizować, odnosi się bardziej do napaści słownych, niż poważniejszych przestępstw, przywołując na końcu tekstu autorytet w postaci psychologa (Moniki Predjon):

Jak reagować w sytuacjach, gdy ktoś uznał, że ma prawo skomentować nasz wygląd? Zdaniem psycholog Moniki Predjon stanowczo, ale nie agresywnie. – Zawsze zachęcam pacjentki do bycia asertywnymi. Do mówienia stanowczo, ale bez agresji o swoich uczuciach i potrzebach, czyli np. jest mi przykro, albo czuję się zakłopotana, kiedy komentujesz mój ubiór. Proszę, żebyś więcej tego nie robił. Są jednak sytuacje, jak np. wspomniany wieczorny spacer, kiedy zwyczajnie dla własnego bezpieczeństwa nie wdawałabym się w dyskusję” – radzi pani psycholog.

Jasne. Kobiety (mężczyźni zresztą także) mają prawo mówić o swoich uczuciach i potrzebach i jeśli ktoś uzna za stosowne, może komentować wszelkie uwagi. Z drugiej strony, nie każda uwaga musi mieć jakiś podtekst i stanowić napaść słowną, której należy koniecznie dać odpór. Być może jest to dobra rada, nawet jeśli nikt o nią nie prosił?

Cały artykuł, z którym polemizują chętnie jego czytelnicy, przywołując możliwe konsekwencje różnych działań związanych także z ubiorem, skomentowała, chyba dość trafnie, czytelniczka występująca jako Hellen. Zacytuję ją tytułem podsumowania:
Hellen20-08-2020

„Co za głupi artykuł! Takie są prawa biologii i nic tego nie zmieni. Jeśli wychodzimy bez stanika z dyndającym biustem i w krótkiej spódnicy nie oczekujmy, że ktoś będzie nas traktował jak pensjonarkę. Jeśli ktoś tak się ubiera to albo zda sobie sprawę, że nie żyje na bezludnej wyspie i zacznie ubierać się mniej prowokacyjne albo niech się przyzwyczai do komentarzy.”

Przy takim sposobie rozumowania panienka powinna wyjść w samych stringach i mieć pretensję do ludzi, że to komentują! Jak daleko można przesuwać granice prowokacji?
No, właśnie… Jak daleko?

Related posts
PolemikiSport

Powrót z tarczą i co dalej?

6 Mins read
EkonomiaPrawoUbezpieczenia

Kolejny skandal w PZU! Kto zjadł tort?

9 Mins read
PolemikiZdrowie

Covid zamordował grypę!

14 Mins read

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *